Czas nigdy nie będzie idealny…
Miałam pisać dopiero w sobotę, ale jak zwykle przed życiowym ostrym zakrętem prędkość i czas przyspieszają jak wyścigowy bolid. Ale nie o tym dziś, nie na to czas…
Plan na dziś runął jak domek z kart. Udało się załatwić kilka najpilniejszych spraw, marzyłam dziś już o choince, świątecznej oprawie parapetów i kuchni, na stole obok herbaty leży zaczęte świąteczne menu, prezenty już prawie popakowane (prawie, więc jeszcze nie wszystkie), najmłodsze zaczęło wysoko gorączkować. Wszystko, co było na dziś, stało się mniej ważne i posłusznie zeszło na drugi plan… Bo tak to ma działać.
Jakoś tak naturalnie pomyślałam o ostatnich kilku miesiącach i o tym, jak wygląda realizowanie planów. Realizowanie to jedna bajka, a cała masa przeszkód i nieprzewidzianych sytuacji to coś zupełnie innego. Czasami jakby całe niebo waliło się na głowę znikąd…
I tu pojawia się pytanie- na moje plany były spójne ze mną? Czy były na tyle dla mnie ważne, że pomimo trudności szukałam sposobu na ich realizację ( tak wiem, że czasami najzwyczajniej na świecie się nie da, ale jak mówią- kto chce znajdzie sposób, kto nie chce znajdzie powód). Czy wierzę w to, że od mojego dziś- zależy moje jutro??
Realizacja planów to jak układanie moich włosów- na pozór zadanie nie do wykonania. Siedzę więc z herbatą w ręku, wszystko wskazuje na to, że uśmiech najmłodszego wzbogaci się o nowy ząb, naczelną zdobyczą technologii tego wieczoru będzie termometr. Mam nadzieję, że nie skończy się nocnym poszukiwaniem lekarza. W międzyczasie ogarniam drobiazgi. Jeden, drugi, trzeci… Kiedy rano wstanę, okaże się, że przedświątecznej pracy jest już mniej, nocy starczyło na wszystko- wstawanie do dziecka i sen, czytana książka skurczy się o kilka stron, nowy dzień przyniesie nowe możliwości… Jeśli tylko uda się dziś zasnąć… :)…