A jeśli w życiu są tylko jedne drzwi ???…
Niedzielne poranki mają w sobie coś z magii… Czas płynie inaczej, słońce nieśmiało oświetla kubek z herbatą, jakby chciało złapać od niego trochę ciepła…
Doszłam do wniosku, że zarządzanie katastrofą powinnam wpisać do swojego CV w polu zainteresowania… Ale nie o tym dziś, nie o tym…
Czasami jedno przeczytane zdanie zmienia wszystko. Nie wiem skąd taka moc słowa, ale tak to działa. Jest tylko jeden warunek- słowo musi dotknąć serca, zmienić myślenie i stać się codziennością, jak dla niektórych poranna kawa…
Znów czytam. Nie jestem w stanie powiedzieć jak tęskniłam za literami, zdaniami, sensem, ciągłością zdarzeń, logiką, tym, że po kropce zawsze jest wielka litera… I wyczytałam, że każdy ma w życiu tylko jedne drzwi, które powinien wybrać. Tu zaczynają się schody…
Gdyby życie było zero- jedynkowe , biało- czarne, gdyby było testem jednokrotnego wyboru- wtedy miałoby to sens. Ale codzienność pokazuje, że za każdymi drzwiami jest ileś następnych, że to nie dom, a labirynt pełen kolorów i wszystkich odcieni szarości. Nawet jeśli w tej chwili wydaje Ci się, że stoisz przy ścianie, to zawsze coś się za nią kryje. Wybierasz czasami między większym dobrem albo mniejszym złem.
Spotkałam wczoraj człowieka, który rozgrzał moje serce miętą z cytryną i swoją opowieścią. Nic do końca nie jest takie, jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Pod maskami i makijażem nosimy duży bagaż radości, dziecięcych lęków, troski o codzienność, niepewności… Sztuką jest uczyć się o tym mówić. Podobno wszystko o czym marzymy jest po drugiej stronie drzwi z napisem strach. I fakt- te drzwi często pojawiają się na horyzoncie. Pytanie brzmi- czy mijam je z jeszcze większym strachem, czy zamykam oczy i otwieram. Chociażby po to, żeby oswoić strach…
Żeby nie było samej melancholii wrzucam zdjęcie dzisiejszego wschodu słońca. Dzień zaczął się pięknie. Niech i tak się skończy.
