Bez kategorii

Z glutenem w zaciszu własnego domu…

Obudziłam się dziś z myślą, że każdy bieg ma swój finisz. Codzienne obowiązki kończą się wieczornym odpoczynkiem, życiowy bieg opamiętaniem albo emeryturą. Jakkolwiek nie podchodzić do tematu- bardzo przyjemnie móc go rozważać w spokoju, bez pośpiechu, z herbatą w ręku. Nawet jeśli ten spokój ma trwać nie za długo…

Postanowiliśmy z dziećmi, że do końca tygodnia oswoimy gluten. Słyszałam niedawno, że to taki smok, którego boją się wszystkie księżniczki i wiedźmy (dla przypomnienia- wiedźma- kobieta, która wie wszystko i jest czarująca). Wczoraj udało nam się zrobić makaron do ramenu- nie dodaje się do niego jajek, a pieczoną sodę. Na pierwszy rzut oka nie sądziłam, że się uda, a wyszedł naprawdę świetny. Dziś na warsztat pójdzie chaczarupi. Od bardzo długiego czasu zabierałam się do zrobienia tej gruzińskiej potrawy. To smacznie wypieczone drożdżowe pieczywo podane z farszem. Przepis wydaje się zwykły, ale efekt mam nadzieję zaskoczy.

Kilka tygodni temu zamówiłam chaczapuri i o ile ciasto było niesamowite, o tyle jego wypełnienie okazało się kompletną katastrofą- kurczak z warzywami był mdły i bez smaku. Przypominał niedopracowany gulasz. Liczyłam na coś więcej. Stąd pomysł, żeby spróbować upiec je w domowym zaciszu. Przepis jest, składniki są, czekam tylko aż dzieciaki wstaną do pomocy.

Plan jest prosty- wszystko wyjdzie zgodnie z zamierzeniami i zarządzenia katastrofą nie będzie potrzebne dziś zupełnie.

Jest jakaś taka magia w tym, że z kilku składników powstaje ciasto, które jest miękkie, sprężyste, które przy gotowaniu wypełnia dom i serce jakimś takim ciepłem… No i żołądek też- chwilkę później… Dom pachnie wtedy zupełnie inaczej, kuchnia zaczyna żyć swoim życiem, wspólny posiłek przy stole staje się niesamowity- nawet jeśli jest prosty i zwykły. Głowa zajmuje się czymś, co jest użyteczne, nie krąży po bezkresach pytań bez odpowiedzi. To chyba najlepsza terapia dla mnie na ten czas.

Pamiętam z dzieciństwa zapach zakwasu chlebowego, który ciocia dolewała do chleba. Kojarzy mi się z ciepłem, wielkim kaflowym piecem i oczekiwaniem, kiedy chleb zaczynał pachnieć w piecu, a nie można było go jeszcze wyjąć i się w niego wgryźć… W najbliższych dniach będziemy piec chleb- dziś zaczynamy eksperyment z zakwasem. Taka podróż sentymentalna w słoiku…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *