Nieaktualne quo vadis…
Dziś pierwszy raz w tym roku wstałam jesienna. Kalendarz i widok z okna antagonistycznie warczą na siebie w porannej ciszy. W powietrzu czuć napięcie pomiędzy ciepłymi ostatnio rankami a orzeźwiającą bryzą rzeczywistości- choć do morza stąd daleko. Piekarnik rozgrzewa ręce i serce. Za chwilkę kuchnia będzie pachniała chlebem…
Od kilku dni uważniej obserwuję ludzi. Zerkam na nich znad kubka herbaty, z korytarza, z sali ćwiczeń. Słucham co mówią, ale staram się czytać w nich nie słowem, a okiem. Oddzielam słowa od mimiki, sposobu mówienia, spoglądania, patrzę nie tylko wtedy, gdy się uśmiechają. Fascynująca podróż w głąb człowieka, choć pewnie w moim wykonaniu nadal powierzchowna.
I o ile sama jestem częścią tej układanki- widzę, jak świat wokół mnie przyspiesza. Jak próbuje wymusić na mnie zachowania, podążenia za tłumem, nie pytając, czy w tę stronę nastawiłam swój życiowy kompas.
To doskonały punkt wyjściowy żeby się na chwilkę zatrzymać. Na kilka godzin, weekend, tydzień. Uzbroić się w zeszyt, który jest poręczny i dobrze wygląda- łatwiej będzie po niego sięgnąć w czasie kryzysu, bo chociaż kolor nie będzie drażnił. Jeśli jeszcze nie będzie wielkości encyklopedii i zmieści się do torebki- cel osiągnięty. Potem zadbać o to, żeby zawsze mieć pod ręką długopis. Żeby móc pozwolić sobie na podążenia w konkretnym kierunku, a nie bieg z życiowymi przeszkodami na oślep. Bo za szybkie tempo często prowadzi nie tylko do zawału serca, ale do zawalenia życia.
Pofilozofowałam. Weekend zaplanowany, śniadanie zaraz gotowe (bez mojego wychodzenia rano do sklepu), plan na dziś i cały tydzień powoli się krystalizuje. Zeszyt i długopis leżą pod ręką. Odrobinę bardziej poukładany świat pozwala spojrzeć na dziś i jutro z nadzieją i nie dopuścić do siebie jesiennej melancholii. Szukam nowego przepisu, który rozpachni moją kuchnię i rozgrzeje serce. Wstałam rano z ogromną wdzięcznością w sercu za to, co jest. Tydzień zaczyna się dobrze. Niech skończy się jeszcze lepiej…