Połowa rzeczy w życiu Ci się nie uda… Rób swoje i zacznij wierzyć w cuda… ( O planowaniu posiłków)
Patrzę za okno, a tam szaro i jakoś tak ciągnie po stopach… Nie wstałam skoro świt, siedzę przy ciepłym kubku, obok książki ( to się już prawie liczy jak czytanie). I na tym moje ranne sukcesy się kończą. Dzisiejszy dzień uroczyście uważam za rozpoczęty.
Wrzesień to powrót do powakacyjnej rutyny. I choć na początku ciągnie się trochę i uwiera, to jest szalenie ważny. A kiedy przy tym ranki i wieczory robią się chłodniejsze, przyjemnie jest zacząć dzień od śniadania na ciepło lub w ramach obiadokolacji zanurzyć łyżkę w gorącej aromatycznej zupie…
Przez lata planowanie posiłków było moją zmorą. Nie widziałam w tym większego sensu… do czasu, kiedy zaczęłam to robić. Nie było tu miłości od pierwszego wejrzenia i natychmiastowych efektów. Ale z perspektywy czasu widzę ogromną zmianę i moje ciche zauroczenie tym sposobem trwa do dziś.
Przeważnie w piątkowe wieczory układamy menu na kolejny tydzień. Szukamy pomysłów na śniadania, obiady, kolacje i posiłki szkolne dla dzieci. Solidarna odpowiedzialność za planowanie ma jeszcze jeden niespodziewany efekt- uczymy się kompromisów, wspólnego działania… i nikt nie marudzi, bo przecież ustalaliśmy wszystko wspólnie.
Plan posiłków wisi na naszej lodówce. Robimy go markerem na zafoliowanej kartce, więc kartka się nie gubi, nie niszczy przy niespodziewanym kontakcie z wodą i każdy wie, co gdzie na niej wpisać. Kulinarne szaleństwa zostawiamy na weekend- w to jest nasz czas na nowości i kulinarne podróże w nieznane.
Gotuj na dwa dni albo mroź nadwyżki posiłków. I korzystaj z nich, kiedy nie masz weny do gotowania, brakuje Ci czasu albo zwyczajnie leje za oknem, a najbliższy sklep jest wyspą za milionem kałuży.

Piekliśmy ostatnio bułki z serem, część z nich zamroziłam. Któregoś dnia w tym tygodniu będą drugim śniadaniem młodzieży do szkoły.
Na początek tyle chyba wystarczy. Rzadsze zakupy, trwały plan posiłków w zasięgu ręki, gotowanie posiłków na dni świra… i dużo luzu. Nic nie jest idealne, nic nie działa od razu, ze wszystkim trzeba znaleźć swój klimat, smak i radość.
A żeby zachęcić Cię do planowania…. Razem z Gosią i Paulinką ustaliłyśmy, że będziemy spotykać się raz w miesiącu na kolację z jakiegoś zakamarka świata. I wczoraj, kiedy za oknem wiało i padało, my cieszyliśmy się dobrym towarzystwem i kolacją inspirowaną włoskimi smakami. Przy stole spotkaliśmy się całymi rodzinami, a czas minął stanowczo za szybko. Menu było proste: focaccia podana z szarpaną wieprzowiną, lasagne i pana cotta z sosem malinowym na deser. Pomysł zakorzenił się na tyle, że za miesiąc czeka nas wieczór kuchni francuskiej. Jedzenie było smaczne, fakt, że udało nam się spotkać i zacząć coś nowego niesamowity…


Podróżowanie palcem po mapie i stole uroczyście uważam za rozpoczęte. Plan podróży na ten rok będzie powstawał stopniowo, z odpowiednią dozą szaleństwa i radości. Czy można chcieć czegoś więcej w tym zakresie? Chyba tylko tego, żeby piekarniki nie przypalały, jedzenie na kuchenkach nie kipiało, a naczynia same się zmywały. Ale nad tym będziemy pracować długofalowo…
Dzień przemyka mi między palcami. Pora zalogować się do prawdziwego życia. Dobrej mocy na dziś. Wracam za tydzień.
2 komentarze
Karolina
Mega fajny klimat w tym tekście, od razu chce się coś ugotować na ciepło. Planowanie posiłków serio ułatwia życie, chociaż na początku ciężko się zebrać. Dobrze wiedzieć, że nie tylko u mnie kartka na lodówce ratuje dzień
Zarazliwiedobra
To prawda. Jak zaplanujesz co dobrego zjesz…i co masz założyć… to poranek robi się trochę dłuższy, a dzień lepszy. Pozdrawiam serdecznie 🙂