Naukowo potwierdzono, że smutek rodzi smutek, a narzekanie jest zaraźliwe… kilka słów o jesiennej chandrze…
Odżyłam.. Uwielbiam przypatrywać się rankami i wieczorami w niebo pełne fioletów, różów i granatów. Powietrze jest rześkie, brak tropikalnych upałów wcale mnie nie smuci, wybieram się dziś na kasztany… To coś, na czym zakotwiczam swoje myśli jesienią. Choćby nie wiadomo co, będę miała za oknem kawałek nieba tylko dla siebie, kasztany na stole i trochę ciepłej herbaty z imbirem, miodem i cynamonem… A do tego kilka minut ciszy, kilka głębokich wdechów, moment, w którym czas przestaje biec, a tańczy ze mną walca…

Chyba wreszcie doszłam do siebie… Karawana smarków, szmerów w oskrzelach, duszącego kaszlu i braku chęci na cokolwiek po kilku tygodniach opuściła nasz dom. Łapię balans, nadrabiam zaległości szkolne z dziećmi, ogarniam powoli dom- momentami mam głowę wielką jak balon, ale dzięki Bogu to tylko momenty.
I o ile kocham jesień- za chwilkę krótkie dni, brak słońca, wieczna szaruga mogą szybko przełożyć się na spadek formy. Wiesz o czym mówię, prawda?
W tym roku jakoś tak szczególnie mam przekonanie, że powinnam zadbać o ten czas. Zadbać o siebie, bo to pozwoli mi lepiej zająć się dziećmi, domem i znaleźć czas dla moich bliskich. A zacząć od siebie, bo z pustego i Salomon nie naleje…
Jestem zadaniowa i taki model pracy u mnie sprawdza się najlepiej. Wypisałam wszystkie marzenia i wyzwania na kilka najbliższych miesięcy- u nas będzie to zdecydowanie praca nad systematycznością u młodzieży ( brak prac domowych w szkole już przełożył się na to, że więcej pracuję z dziećmi w domu), powtórki do egzaminu ósmoklasisty, znalezienie pomysłu na własny rozwój i przestrzeń na to, żeby więcej czasu spędzać z ludźmi. Hasła rozpisałam na czynności, dziś wybiorę z nich te realne, które przyniosą najlepsze owoce. I będę ją trzymać w planerze, blisko siebie, pod ręką. Na wypadek wielkiego spadku formy- pomysł możne ulecieć z głowy, umowę zawartą z samą sobą ciężej podważyć.
Moja Gosia – absolutnie genialna wariatka-często ostatnio powtarza – stań przy swoim wewnętrznym dziecku, zaopiekuj się nim. I to cenny drogowskaz na najbliższe tygodnie. Pomyśl, co już teraz możesz zrobić, żeby dobrze przeżyć zbliżającą się szarugę. Stwórz kącik do czytania, rozplanuj sprzątanie, zaangażuj się w coś, zadbaj o trochę koloru w szafie, cyklicznie oglądaj filmy w dobrym towarzystwie, wyjedź gdzieś na weekend- cokolwiek Ci gra w duszy. I podejdź do tego z prawdziwą przyjemnością – bo to Twój wybór i Twoja radość, a czas nie będzie przeciekał Ci między palcami…
Dziś prawie bez smaków i zapachów. W kuchni czeka na mnie czerwona cebula- będę przez chwilkę podatna na płacz i melancholię jak Emma Bovary, z którą nota bene nie polubiliśmy się po zeszłotygodniowej lekturze. Jak dodam do tego butelkę wina, główkę kapusty i trochę pigwowca robi się ciekawie, nieprawdaż??
Było mi bardzo miło spędzić z Tobą leniwy poranek. Dobrej mocy na dziś… Wracam za tydzień.
Od ostatniego wpisu jestem lżejsza o pół kilograma, zaczynam czytać ” Ciągłe doskonalenie” Witolda Sadeckiego.