O życie szare i monotonne, ile w tobie skarbów…
Dzień zaczęłam naparem z lipy z cytryną i miodem. I sama nie wiem czy był tak mocny, czy tak kojący, że dzień przeminął sama nie wiem kiedy…
Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że pierwsza fala jesiennych smarków, kaszlu i temperatur ( nie tropikalnych i nie za oknem) już za nami. Może wreszcie złapię chwilkę oddechu i załapię się choć na kilka jesiennych spacerów w słońcu.
Życie w cieniu inhalatora i gór chusteczek do nosa zupełnie wybiło mnie z rytmu. To dziwne, bo to przecież co roku się powtarza. A jednak zaskoczyło mnie intensywnością i długością. I przyznam Ci się, że zatęskniłam za gotowaniem, planowaniem i sprawczością, nawet tą najmniejszą.
Przypominałam sobie, że rok temu jesienią piekliśmy ciastka owsiane i nadal mam nowy przepis, który czeka na wypróbowanie. A jeśli upieczemy je jutro po lekcjach, we wtorek będą częścią długiego śniadania młodzieży. Podrzucę przepis jeśli okaże się lepszy od swojego poprzednika.
Zastój i przestój życiowy ma też swoje plusy. Stęskniłam się za moją kuchnią i gotowaniem. Kryzys czytelniczy, który ciągnął się jak flaki z olejem- znikł. Alergia na książki zażegnana. Jeśli dostanę w tygodniu dobre mleko- zrobię mozzarellę. Znów zacznę pić rankami herbatę lub lipę razem z pigwą i miodem. A wieczory spędzać powtarzając matematykę z dziećmi, odmieniając rzeczowniki i czasowniki przez wszystko, co można, przegryzając czas renesansowymi twórcami i odkryciami geograficznymi…
Cokolwiek by o tym myśleć – cieszę się, że coś wraca do normy. Że zrobię za chwilkę ciasto na bagietki i jutro będę miała siłę i ochotę, żeby je upiec.
Jak widzisz życiowo trochę bryndza. Bywa. To też trzeba jakoś przetrwać. Liczę na to, że kolejny tydzień będzie w końcu zwykły. Taki codzienny. Mój.