Domowe plany i kolejna infekcja najmłodszego tak wciągnęły mnie w codzienność, że nawet w niedzielę nie pojawiłam się na blogu. Życie… Nieobecność nadrabiam tradycyjnie z herbatą w ręku…
Radośnie założyłam sobie, że ten rok będzie przełomowy jeśli chodzi o liczbę przeczytanych książek. I tak, może to był dobry pomysł. Pochylam się już nad czwartą ( jedna była komiksem, więc skończyła się szybciej niż ugotowanie obiadu). Teraz czytam o odporności, a w międzyczasie pochłaniam książkę na klub dyskusyjny. Zawsze mam ze sobą coś do czytania i staram się wykorzystać każdą wolną chwilkę na lekturę. Ale to akurat wielki plus – myślenie przekuwam w działanie.
Dziś w ramach terapii od rana zabrałam się za obiad i posiłki na kolejne dni. W menu ciastka z jabłkiem, domowy makaron, sos z pieczonej papryki, pomidorów i mięsa, colesław, krupnik… I chyba starczy tego szaleństwa. Grafik na przyszły tydzień pęka w szwach, a obiad w lodówce do podgrzania w kilka minut pewnie uratuje mi życie. Dom jeszcze śpi, cieszę się ciszą przerywaną tylko bulgotaniem wody w garnku. Tak. Takie chwile mają w sobie coś z magii…

I tu mogę się na chwilkę zatrzymać. Popatrzeć jak mąka śnieżnie spada na blat. Posłuchać Niemena z wałkiem w jednym ręku i kubkiem w drugiej. Wpuścić do domu trochę więcej słońca letnimi pomidorami zamkniętymi w słoiku…
Weekend mija pod znakiem kuchennych rewolucji, audiobooka w tle, notatek z odrobiną glutenu… Planowania najbliższego tygodnia i łapania każdej wolnej chwili na odpoczynek.
Dobrej mocy na dziś. Czuję, że przede mną dobry czas…