#3 Przygotowania do zero waste
Z wiekiem podobno czas płynie szybciej. Zawsze myślałam, że z wiekiem, znaczy jakoś tak w okolicy 60-tki. Ja już przed 40-stką mam wrażenie, że dopiero co świętowaliśmy nowy rok, a za kilka dni styczeń stanie się tylko wspomnieniem…
Moja kulinarna podróż w kuchnię kresową cały czas czeka w kolejce na swoje pięć minut. Chyba na dobre złapałam włoskiego bakcyla. Zaczęłam nieśmiało czytać o włoskich serach, szukam informacji o ich specjałach i przepisach. Nic dziwnego więc, że dziś z połowy kilograma mąki pszennej i pięciu świeżutkich jaj od szczęśliwych kur ze wsi powstał makaron. Tak dobrze czytasz- wystarczyły dwa składniki, trochę czasu… Nie potrafię słowami opisać jak niesamowicie smakował. Kluczem do sukcesu były naprawdę dobre jajka, które nadały makaronowi cudowny kolor i smak. Moje trzecie podejście do makaronu zakończyło się sukcesem. Podobno domowy makaron można z powodzeniem przechowywać w zamkniętym pojemniku w lodówce nawet do tygodnia. Dlatego porcję makaronu z dziś przetrzymam do środy- zobaczę, czy będzie jakaś różnica w smaku i czy rzeczywiście dotrwa w dobrej kondycji.

Sobotnie śniadanie to dla mnie czasami czas lenia- szczególnie wtedy, kiedy mam do doczytania książkę i z utęsknieniem czekam na coraz dłuższe dni i jaśniejsze poranki). Dlatego wczoraj na śniadanie przygotowałam chleb zapiekany z jajkiem (genialny sposób na wykorzystanie pieczywa, które zostało z poprzedniego dnia). Od dłuższego czasu przygotowuję go w ten sposób, że namoczony w jajku chleb na patelni zalewam dodatkową porcją rozmąconego i przyprawionego jajka. Finalnie na talerzu ląduje niby omlet, który można zapiec z dowolnymi dodatkami- wędliną, serem lub podać z warzywami lub sosem czosnkowym. Niby nic, a cieszy… To też taki mały wstęp do tematyki zero waste- czyli wykorzystywania produktów maksymalnie dobrze i wydajnie. Więcej w tym temacie niebawem- zaczęłam ciekawą książkę o tej tematyce i w tym duchu chciałabym dalej się rozwijać.

Dziś rano skończyłam czytać „Podróż w trzech smakach” Layne Mosler – pozwoliła mi spędzić kilka bardzo przyjemnych wieczorów. To opowieść o kobiecie, która tworzy bloga kulinarnego w oparciu o rekomendacje taksówkarzy żyjących w Buenos Aires, Nowym Jorku i Berlinie. Książka po trochu przeniosła mnie w każdy opisywany zakątek. Layne pozwala na chwilkę zanurzyć się w zupełnie innej rzeczywistości, spojrzeć jej oczami na ludzi i sytuacje oddalone setki kilometrów od domu. Jest pełna smaku i apetytu na prawdziwe życie- doprawione całą gamą szarości, nieprzewidzianych sytuacji, ludzkiej życzliwości i ciekawości co przyniesie jutro. Na długi czas zostanie ze mną niemiecki zwrot Lebenskunstler, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza „mistrz życia”. To ktoś, dla kogo mottem życiowym jest maksyma „wkładam w pracę cały swój talent, lecz w życie wkładam geniusz”. Cytat trafił na pierwszą stronę planera, żebym nie zapomniała o nim szybko i spróbowała stworzyć mistrzowski przepis na codzienność pełną smaku…
Miałam jeszcze napisać o tylu rzeczach… a wieczór zastał mnie szybciej niż zakładałam. Wracam najpóźniej za tydzień. Dobrej mocy na dziś. Nie zapomnij obudzić jutro swojego geniuszu…