Bez kategorii

Doskonalenie się wymaga pracy jakościowej, nie ilościowej.

I czasami naprawdę potrzeba przeżyć kilka dekad, żeby to stało się jednym z najważniejszych zdań. Przynajmniej na tę część życia… Niedziela, dom zaczyna pachnieć powoli karmelizowaną na patelni cebulą, pod ręką czeka ulubiony kubek z herbatą…

Za oknami jakby już przedwiośnie. Dni są odczuwalnie dłuższe i jaśniejsze, a to tak naturalnie przekłada się na więcej siły, energii… i szybsze mycie okien.

W tym roku ten dziwny przeskok między końcem zimy a pierwszymi zawiązkami wiosny jest naprawdę dobry. Cieszę się z dłuższych dni, kryzys czytelniczy minął na dobre, powoli układam nowy, tygodniowy rytm działania mnie samej i domu. Bo w życiu nieustannie coś się zmienia. Żeby uniknąć monotonii, albo zwyczajnie zbyt długo nie cieszyć się spokojem.

Tu nadal moim wielkim przyjacielem jest Władek. Kilka dni temu zrobiłam kilka porcji kartoflaka (kugla, babki ziemniaczanej jak kto woli) i zamroziłam je na surowo. Nie wiem, czy pomysł jest trafiony, czy trefny- na razie mam coś nowego do przetestowania i coś, co mogę wstawić do pieczenia w minutę. Jestem ciekawa, czy mrożenie nie wpłynie za bardzo na smak- okaże się w przyszłym tygodniu. Do Władka trafił też zamrożony domowy kubuś (miałam nadwyżkę owoców, a kto nie lubi przecieru owocowego z dodatkiem marchwi), curry i zupa pomidorowa. I jeśli dorzucę do tego powstające powoli pierogi- moje gotowanie do piątku ograniczy się do odmrażania, podgrzewania, gotowania makaronu i krojenia warzyw na surówki. Chyba że dzieciaki będą nudzić się podczas ferii i zaczniemy razem coś piec.

I chyba właśnie w takim kierunku to się skłania. Weekendowe gotowanie, uzupełnienie posiłków w zamrażarce po to, żeby w ciągu tygodnia czas na gotowanie przeznaczyć na inne aktywności. Wracam do nocnych owsianek na zimno, sałatek, które można przygotować dzień wcześniej i rano złapać wychodząc z domu.

Ale mam wrażenie, że to jakaś taka naturalna kolej rzeczy. Mrożenie jest więc kompromisem- nadal mam domowe posiłki, mniej zmywam i mam możliwość szybkiej zmiany menu. I tak chyba przekłada się to powoli na całą rzeczywistość. Zrobione jest lepsze niż najlepszy plan na kartce. Szczególnie wtedy, kiedy wracasz do domu i zjadłabyś konia z kopytami.

I za tym idzie refleksja- czy nie nadkładam gdzieś zbytecznie pracy? Czy dobrze gospodaruję swoim czasem? Gdzie mogę zastosować proste zmiany, które bez większej rewolucji życiowej pozwolą mi żyć lepiej i spokojniej? Dziś w planach mała rodzinna narada po to, żeby trochę inaczej rozdzielić domowe obowiązki. Może burza mózgów wszystkich domowników coś rozjaśni??

Obiecałam ostatnio wrzucić to, co aktualnie czytam. „Profesor Weigl i karmiciele wszy” to książka, przy której mimowolnie drapałam skórę głowy… i historia człowieka, który pomimo uratowania milionów ludzi (odkrył lek na tyfus) jest zupełnie nieznany. Na najbliższe tygodnie wybrałam coś ciekawego- m.in. biografię Marii Konopnickiej (podobno świetna) i coś Kim Kiyosaki (Roberta znam, ale Kim?).

Terapia ręki i głowy przy lepieniu pierogów w toku. Kolejny kubek dobrej herbaty. Wieczór z książką przed zwariowanym poniedziałkiem. Pomysł na śniadanie na jutro tylko do złapania z lodówki. To cieszy… Dobrej mocy na dziś. Za tydzień wracam może trochę bardziej składna i poukładana, a może wręcz przeciwnie… 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *